13 listopada 2006

(Clearwisdom.net) Ilekroć trzymam w rękach książkę „Nasz Mistrz – wspomnienia praktykujących Falun Gong o Mistrzu Li w Chinach”, czuję się tak, jakbym znów była w tej samej sali wykładowej, gdzie słuchałam, jak Mistrz naucza Fa, skąpana w Jego wielkim miłosierdziu. W jednej chwili podekscytowanie, łzy radości i drżąca ręka wypełniają mój umysł obrazami tego najpiękniejszego wspomnienia na Ziemi. Wszystko jest tak wyraziste, jakby wydarzyło się wczoraj.

Mistrz aranżuje każdemu uczniowi uzyskanie Fa

Pewnego dnia w październiku 1994 roku postanowiłam, że muszę wziąć udział w ostatnim kursie, który Mistrz poprowadzi w Guangzhou. Kiedy jednak powiedziałam o tym mężowi, natychmiast odpowiedział:

„Nigdy nie słyszałem, żeby praktykowanie qigong wymagało jazdy do Guangzhou, tysiące kilometrów stąd. Ile pieniędzy byś potrzebowała?”.

Odpowiedziałam:

„W całym moim życiu nie było niczego, bez czego nie mogłabym się obejść; ale jeśli nie pojadę do Guangzhou, będzie to największy żal mojego życia. Jestem zdecydowana jechać”.

„Możesz jechać, jeśli znajdziesz kogoś, kto zapłaci za twoje koszty – tylko nie wracaj, jeśli wydasz własne pieniądze!”.

Następnego dnia wrócił mój kolega z klasy, który miał pewne możliwości i wpływy. Opowiedziałam mu, co powiedział mój mąż, a on natychmiast odparł, że pomoże pokryć moje wydatki. Dzięki temu mogłam wziąć udział w ostatnim kursie Mistrza w Guangzhou.

Dzień przed wyjazdem prowadziłam zebranie na trzecim piętrze w pracy. Aby wszystko dobrze przygotować, wyszłam wcześniej. Schodząc z trzeciego piętra, początkowo zdecydowałam, że nie będę wracać do swojego biura na drugim piętrze. Jednak sama nie wiem dlaczego – weszłam do biura. Zobaczyłam, że dzwoni telefon, więc zapytałam pracownika, kto dzwoni. Odpowiedział, że nie wie. Podniosłam słuchawkę. To była moja mama.

Powiedziała:

„Na początku ustaliliśmy z twoim tatą, że po kupnie nowego domu nie pojedziemy już do Guangzhou, ale teraz znowu chce, żebym pojechała”.

Byłam głęboko poruszona i nie wiedziałam, co powiedzieć, bo wiedziałam, że mama nie byłaby w stanie pojechać sama. To Mistrz ponownie osobiście wszystko zaaranżował, aby uczniowie mogli wypełnić swoje więzi przeznaczone. Byłam bardzo wzruszona i płakałam, schodząc po schodach, czując się tak, jakbym spotykała dawno niewidzianego krewnego.

Moja mama i ja zobaczyłyśmy Falun

Po tym, jak po raz pierwszy przeczytałam książkę Falun Gong w sierpniu 1994 roku, miałam wiele pytań. Rozmawiałam z doświadczoną praktykującą przez całą noc. Następnego ranka, tuż przed przebudzeniem, zobaczyłam mały Falun w dolnym prawym rogu mojego prawego oka. Choć był niewielki, był bardzo wyraźny i świecił jasnym blaskiem. W sercu powiedziałam do Mistrza: „Mistrzu, teraz już w Ciebie wierzę!”.

Wracając do hotelu po trzecim dniu zajęć, ani ja, ani moja mama nie mogłyśmy zasnąć. Mama miała silny kaszel i ból w klatce piersiowej, aż trudno jej było się poruszyć. Ja miałam objawy grypy. Mimo to obie wiedziałyśmy, że Mistrz oczyszcza nasze zanieczyszczone ciała i że to coś dobrego. Około czwartej lub piątej rano następnego dnia mama powiedziała, że zobaczyła ogromny Falun, wielki jak ściana, świecący jasno i obracający się.

Naprawdę spotkaliśmy prawdziwego Buddę

Szóstego dnia zajęć, gdy usiadłam, zauważyłam, że obok mnie siedzi dziewczyna w wieku około siedemnastu–osiemnastu lat, która bardzo płakała. Zapytałam ją dlaczego. Odpowiedziała, że jej „niebiańskie oko” jest otwarte i widzi na szczycie sali wielu niebiańskich bogów i wojowników chroniących Fa. Widziała też wiele grup aniołów i wróżek.

Powiedziała, że wcześniej nie wierzyła w istoty duchowe ani bogów, ale teraz, po spotkaniu prawdziwego Buddy, w końcu uwierzyła!

Bez straty nie ma zysku

Kilka dni po powrocie z Guangzhou wydarzyło się coś dziwnego. Szłam ulicą, byłam całkowicie świadoma i przytomna, a jednak przez kilka minut stałam nieruchomo i nie mogłam się ruszyć. Mogłam jedynie słuchać poleceń kilku złodziei, zabrali mój złoty naszyjnik. Dopiero potem uświadomiłam sobie, że zostałam okradziona.

Później policzyłam i zdałam sobie sprawę, że wartość naszyjnika była mniej więcej równa kosztom, które wcześniej pokrył za mnie mój znajomy. Rzeczywiście była to sytuacja „bez straty nie ma zysku”. Nie mogłam korzystać z pomocy innych, aby uczyć się Fa, tracąc przy tym cnotę.

Mistrz naprawdę wziął pod uwagę tak wiele dla nas, swoich uczniów!